Opowieści z kręgu I

Zapraszam dziś na sabat czarownic, gdzie prawda przeplata się z fikcją.


***
Do tego momentu przygotowywaliśmy się przez ostatnie cztery tygodnie. Niektórzy
spędzili kilka godzin w różnych środkach transportu, aby się tutaj dostać.
Spotykamy się w Manchesterze, po czym kolejnym pociągiem wybieramy się do słynnego Alderley Edge, miejsca owianego legendami, gdzie kontrastuje ze sobą przepych okolicznych "tudorskich" celebryckich domów z dzikością pobliskiej natury, o której pisał Alan Garner.
Po niewielkich ostatnich zakupach w lokalnym sklepie w końcu przemierzamy główną ulicę, następnie skręcamy w lewo i kilkanaście ulic dalej w końcu udajemy się pod górkę, gdzie 15 minut później natrafiamy na bramę oddzielająca nas od rozległej łąki. Od pięciu dni pościliśmy, więc dojście na miejsce zajmuje nam więcej czasu niż w "normalnych" okolicznościach.

Każdy przybył z dużym plecakiem, karimatą i różnorakimi narzędziami rytualnymi, G. niesie ze sobą mój stang. Po niedawnej kontuzji kuleję i podtrzymuję się kijkami trekkingowymi, ale nie pozwalam komukolwiek nieść innych rzeczy. Nie lubię się wysługiwać innymi ludźmi, kiedy mogę coś zrobić sama i nie mam kompleksu królowej-arcykapłanki.
Mijamy znany nam mały staw, idziemy dalej, aż w końcu naszym oczom ukazuje się główna ścieżka prowadząca do lasu.
Wije się ona znów pod górę. Po męczącej  wspinaczce momentalnie zaczynamy szukać naszej bazy na rytuał i na noc.

J. znajduje w końcu skalny nawis pod którym zostawiamy nasze rzeczy. Okoliczny sztuczny druidzki kamienny krąg z czasów wiktoriańskich nas w ogóle nie interesuje - miejsce jest jałowe energetycznie i ja wraz z G., jak na wodne znaki przystało nie czujemy się tam dobrze. W końcu udaje nam się znaleźć miejsce idealne - naturalnie wyżłobione poletko otoczone drzewami, które na pewno nie będzie widoczne z daleka, zwłaszcza w nocy.
Idziemy szukać drewna na opał nim słońce zacznie zachodzić, zbierając tylko to, co już w naturalny sposób spadło na ziemię.
W tym czasie z pobliskiego kamiennego kręgu dochodzą do nas różne głosy - okazuje się, że lokalna pogańska grupa z Cheshire organizuje tam rytuał otwarty. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, po 20 minutach kończą, a my powoli zaczynamy przygotowania do naszego rytuału.
Czarne płaszcze w takich miejscach sprawdzają sie najlepiej - w ciemnościach nas nie widać, zlewamy się w jedno. Śmiejemy się i głośno zastanawiamy czy tym razem również czeka nas podobna przygoda z lokalnym oddziałem policji czy wojska, jak miało miejsce wcześniej na poprzednich rytuałach. Mamy ze sobą również maść na latanie, którą przygotowaliśmy specjalnie na tę okazję, oraz lekki napar o halucynogennych właściwościach.

J. i K. zgarniają ziemię i wydeptują "fosę" wokół wcześniej narysowanego patykiem kręgu, ja w tym czasie wyjmuję zabytkowy kompas i szukam północy,  G. ustawia stang oraz czaszkę, A. przygotowuje nasz ołtarz, a  L. rozpala ognisko. Płomienie migoczą na pobliskich skałach, każdy wrzuca swoje własne kadzidło do ognia.
Nadchodzi czas na ziołowy napar rytualny i wejście w trans. Czujemy przyjemne mrowienie w rękach i nagły przypływ energii, nasze policzki pieką i trochę zasycha nam w ustach. Zdaje się, że mijają godziny, wokół nas jest już odpowiednio ciemno. Dyskretnie sprawdzam czy nikt nie pozostał zbyt długo "po tamtej" stronie. A. lekko odpłynął, więc podaję mu sól.

Księżyc wychyla się zza chmur, w oddali słychać tylko szelest liści i drzew. Jesteśmy z dala od cywilizacji, zdani teraz tylko na żywioły. W tym miejscu podobno pracował Alex Sanders - wcale mu się nie dziwię, ludzi tutaj jak na lekarstwo i choć miejsce jest pod opieką National Trust, to nadal jest ono dzikie i w pewien sposób "nieprzyjazne ludziom", chyba, że się wie jak z konkretnym terenem odpowiednio pracować.

Obchodzimy krąg w odpowiedni sposób, zaczynając od wolnego chodu, a kończąc na szybkiej przebieżce. Po dłuższym czasie czujemy naturalny "opór", oddycha się coraz trudniej - atmosfera miejsca jakby się zagęściła. G. zatrzymuje się i wypowiada swoją część, podaje mi kocioł wypełniony winem. Składamy niewielką ofiarę "strażnikowi bram" i przechodzimy dalej. Robi się coraz zimniej, a my wciąż wirujemy w kręgu wyśpiewując swoje partie. Kątem oka dostrzegamy "watchersów", nie jesteśmy już sami. Pora na główną część rytuału..
 
[fragment z oczywistych względów niepublikowany]

*****

Ogień powoli dogasa i nadchodzi czas odwołania wszystkich bytów, które przybyły na nasz rytuał. "Zamykamy" kompas, obrzęd pozostaje zakończony. Deszcz zaczyna kropić, pora ponownie wybrać się po drewno z latarkami. Co chwila potykamy się o korzenie, a panująca wokół cisza i ciemność, z pewnością niejedną osobę mogłyby porządnie wystraszyć. Tzw. "niedzielne czarownice" upojone New Age na długo nie zagrzałyby tu miejsca.
Siedzimy do rana przy ogniu na naszych karimatach rozłożonych pod wcześniej wspomnianym nawisie skalnym. Grzane wino z kotła, polski miód z rogu i jedzenie z ogniska smakują wyjątkowo wybornie o tej porze roku. Śmiech, żarty i tańce przy ogniu trwają do wczesnych godzin porannych.
 
Tuż przed świtem udajemy się na samą krawędź, by stamtąd podziwiać pierwsze promienie słońca. Delektujemy się delikatną, świeżą bryzą i ciepłem. Skostniałe od zimna stawy wracają do życia. Sprzątamy po sobie, po czym z żalem opuszczamy to miejsce, by zdążyć na nasz pociąg do Manchesteru. Na pewno tu jeszcze nieraz wrócimy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz